• Kasia Borowczak

Rozmowa z Emanuelą Castelli z Włoch

Kasia - Alberto, twój brat, zmarł na początku pandemii. Ze względu na pogarszającą się sytuację we Włoszech miałaś okazję spędzić z nim dużo czasu pod koniec jego życia. Co najbardziej pamiętasz z tamtego okresu i jak się czułaś towarzysząc mu podczas jego ostatnich tygodni?


Emanuela - Bycie z nim było dla mnie wyjątkowe, cenne i ważne. W żadnej innej sytuacji nie mogłabym z nim być, bo nigdy nie zostawiłabym dzieci i męża na tak długi czas. Te półtora miesiąca, które spędziłam z nim w Genui, jakkolwiek trywialnie by to nie brzmiało, było dla mnie piękne. Mam niesamowite wspomnienia z tamtego okresu i wspominam każdą chwilę tamtego czasu z ogromną miłością i ciepłem.

Przez cały ten czas mieszkałam z moim bratem w jego domu razem z jego przyjaciółką z dzieciństwa Veronicą. Kiedy Alberto spał w ciągu dnia, ponieważ często był pod wpływem morfiny, miałam czas, aby odwiedzić dom moich rodziców i porozmawiać z mamą, tatą i ciocią. Wszyscy mają ponad 80 lat. Przez resztę czasu gotowałam dla niego i dużo rozmawialiśmy. Spędziłam z nim naprawdę cudowny czas. Był takim dobrym człowiekiem. Śmialiśmy się bardzo dużo. Na przykład, za każdym razem kiedy przygotowywałam dla niego zastrzyk z morfiny, on w tym czasie puszczał muzykę z Pulp Fiction, tą ze sceny, w której brali narkotyki. Śmialiśmy się wtedy do rozpuku.


Każdego wieczoru, choć nie było to dozwolone ze względu na ograniczenia pandemiczne, kilku jego przyjaciół przychodziło i jedliśmy razem kolację. Również moja siostra Federica, która mieszkała w mieszkaniu nad Alberto, była z nami cały czas i pomagała mu przy fizjoterapii. Dom był pełen ludzi, a dla Alberto było niezmiernie ważne, aby także oni mu towarzyszyli.


Towarzyszenie mu było dla mnie niesamowitym darem. Byłam spokojna, bo wiedziałam, że moje dzieci nie muszą chodzić do szkoły, a mój mąż może z nimi być, bo pracuje w domu. Dzięki temu mogłam w pełni skupić się na byciu w Genui, z Alberto i moimi starszymi rodzicami.


Czasami mi źle i smutno, bo wiem, że w tym okresie tak wiele osób we Włoszech zmarło samotnie z powodu COVID-19, a ja miałam okazję być z moim bratem.


Kasia - Powiedziałaś, że dużo się w tym czasie śmialiście. Czy miałaś też okazję zapytać Alberto, czy zdaje sobie sprawę z tego, że umiera?


Emanuela - Jest to pytanie, które zadaję sobie prawie codziennie. Myślę, że kiedy jesteś bliski śmierci, zdajesz sobie z tego sprawę, ale coś w twoim umyśle próbuje ci powiedzieć, że to nieprawda.


Alberto, na przykład, tak bardzo bał się koronawirusa, że zamówił dla nas kilka maseczek ochronnych, a przecież na początku tak trudno było je kupić. Często mi powtarzał: „Proszę umyj ręce zanim do mnie wchodzisz i bądź ostrożna, ponieważ muszę poddać się immunoterapii, gdy poczuję się lepiej”. To mi pokazuje, że tak naprawdę nie wiem, czy wiedział, że umiera, ale zakładam, że tak.


Kasia - Więc nie rozmawialiście o tym nigdy?


Emanuela - Mój brat zawsze był bardzo zamknięty w sobie. Ciężko było z nim rozmawiać o jego życiu osobistym i nigdy nie pytał mnie o moje. Codziennie, przede wszystkim w ciągu ostatnich tygodni, zadawałam sobie pytanie: „Czy powinnam mu powiedzieć?”. Myślę, że jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, że umierasz i jesteś na to gotowy, to po prostu zapytasz. Jeśli nie chcesz stawić czoła prawdzie, nie pytasz. Tak to sobie wyjaśniałam.


Przy różnych okazjach mówiłam mu: „Wiesz, że jestem tu dla ciebie, czegokolwiek byś nie potrzebował”. Dla mnie było jasne, że chcę mu powiedzieć, że jestem wystarczająco silna, jeśli chce mnie o coś zapytać. Zawsze odpowiadał, że o tym wie. Tylko tyle.


Kasia - Czyli on nigdy nie poruszył tego tematu.


Emanuela - Nie. Bywały chwile, kiedy patrzył na mnie poważnie i pytał: „Dlaczego mój stan się pogarsza?”. Zawsze odpowiadałam: „W tej chwili nie chodzisz na immunoterapię i jesteś pod wpływem morfiny, więc to całkiem oczywiste, że nie czujesz się lepiej. Ale zobacz, jesz o wiele więcej teraz. Musimy uzbroić się w cierpliwość, ponieważ pandemia zatrzymała tyle serwisów medycznych’’.


Mijał właśnie już miesiąc, odkąd Alberto nic nie jadł z powodu przyjmowanych leków, kiedy lekarze powiedzieli mi, że nie mogą mu zaoferować dalszego leczenia. Kiedy zmienili jego leki na dożylne, jego apetyt bardzo się poprawił. Każdego dnia miał inne zachcianki. Bardzo przyjemnie było patrzeć na niego kiedy z taką przyjemnością jadł. Tak więc, przez ostatnie półtora miesiąca jego stan się polepszył i czuł się lepiej niż w poprzednim miesiącu, w którym nie jadł.


Kasia - Jesteś matką dwójki nastolatków, masz też starszych rodziców, których bardzo dotknęła śmierć twojego brata. Jak radziłaś sobie z ich emocjami i obserwowaniem ich?


Emanuela - Nie mogłam za dużo powiedzieć moim dzieciom, kiedy byłam z Alberto. Wiedzieli, że ich wujek jest bardzo chory i muszę z nim zostać, aż wyzdrowieje. Codziennie rozmawialiśmy z nimi przez telefon, ale nie chciałam, żeby płakały patrząc na niego.


Z rodzicami było bardzo ciężko. Myślę, że utrata kogoś, kogo sprowadziłeś na ten świat, to najgorsza rzecz, jaka może ci się przytrafić.


Bardzo dobrze pamiętam wieczór, kiedy musiałam iść do rodziców i powiedzieć im, że lekarze nie mają mu do zaoferowania dalszego leczenia. Powiedzenie moim rodzicom, że to koniec, było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam w moim życiu. Moi rodzice mieli dwie różne reakcje. Moja mama, która jest bardzo religijna, nie wierzyła, że to może się przydarzyć jej synowi i była w całkowitym szoku. Mój tata zareagował złością i zaczął mówić: „O czym ty mówisz? Co chcesz przez to powiedzieć?”. Potem zaczął płakać, a moja mama podeszła do niego i go przytuliła. To wszystko było bardzo trudne.


Kasia - Alberto nie był wtedy z tobą?


Emanuela – Nie. Kiedy pojechaliśmy do Mediolanu na wizytę kontrolną, nie było jego lekarki prowadzącej, ponieważ jej mama zmarła przed kilkoma dniami. Zastępowała ją inna lekarka, którą poznałam już wcześniej, ale nie załapałam do niej sympatią. Wydawała mi się bardzo zimna i nietaktowna. Kiedy więc ją zobaczyłam, podszedłam do niej przed gabinetem i zapytałam: „Nie zamierzacie kontynuować immunoterapii, prawda?”. Usłyszałam: „Nie, bardzo mi przykro”. Odpowiedziałam jej: „Niech Pani tego dzisiaj nie mówi mojemu bratu. Proszę mu powiedzieć, że nie możecie na razie kontynuować, bo jest za słaby, bo nie jadł od tygodni”. I tak zrobiła. Alberto był bardzo zmartwiony tego dnia i chciał wiedzieć, kiedy będzie mógł mieć następną sesję immunoterapii. Powiedziałam mu: „Albi, jesteś teraz taki słaby, bo nie jadłeś od miesiąca. Teraz zmienią twoje leki i zobaczysz, że poczujesz się”. I faktycznie, jak odzyskał apetyt to czuł się lepiej.


Kasia - Czy było coś, co sprawiało, że czułaś się lepiej po jego śmierci?


Emanuela - Pocieszeniem dla mnie było to, że umarł i już więcej nie cierpiał, bo w ostatnim tygodniu jego stan bardzo się pogorszył. Ostatnia noc była dla mnie bardzo ciężka, ponieważ lekarz powiedział, że jest już tylko obecny ciałem. W tym dniu zaczął bardzo ciężko sapać, to już nie był prawdziwy oddech. Miałam wrażenie, że się dusi. Okropnie było to widzieć i słyszeć. Odchodziłam od zmysłów tej nocy i o czwartej rano zadzwoniłam do lekarza. Lekarka, która odebrała była bardzo empatyczna i powiedziała: „Wiem, czego próbuje się pani dowiedzieć. Nie wiem, jak długo to potrwa, pół godziny czy kilka godzin, ale coś podobnego dzieje się przy narodzinach. Widzisz kobietę, która rodzi dziecko i cierpi. I nie wiesz, jak długo to potrwa. To naturalny rytuał, ale mogę panią zapewnić, że on już nie cierpi”.


Moja mama zadzwoniła o 7:20, żeby sprawdzić jak się Alberto czuje. Powiedziałam jej, żeby została w domu, ponieważ on spał. Naprawdę nie chciałam, żeby przyszła i usłyszała ten okropny odgłos jego oddechu. Kiedy się rozłączyłam, zdałam sobie sprawę, że nie było już żadnego hałasu. Poszłam do jego pokoju i zastałam spokój i piękną ciszę. Byłam bardzo wdzięczna tego ranka. Wdzięczna, że moi rodzice nie słyszeli tego dźwięku.


Kasia - Jak wygląda teraz twoja relacja z rodzicami? Jak się ona zmieniła po śmierci Alberto?


Emanuela - Po jego śmierci bardzo trudno było mi wrócić do mojego domu. Czułam się winna, bo czułam, że nie chcę wracać do moich dzieci i męża. Nie chciałam wracać, ale jednocześnie nie mogłam zostać z moimi rodzicami. Teraz, gdybym mogła, odwiedzałabym ich w każdy weekend, ale nie robię tego, ponieważ widzę, że trochę odżyli. Mój tata gra w golfa i jest bardzo zaangażowany w rozwój naszej fundacji, a mama gra na organach w kilku kościołach. Nie wiem, jak zmieniła się nasza relacja, ale nasza więź jest teraz jeszcze silniejsza niż wcześniej.


Kasia - Często rozmawiasz z nimi o Alberto?

Emanuela - Chyba łatwiej mi rozmawiać o jego śmierci z jego przyjaciółmi niż z moimi rodzicami. Dla moich rodziców to chyba zbyt trudne. Ale często rozmawiamy o tym, jaki był, zanim zachorował oraz jaki był jako dziecko.


Kasia - Opowiedz mi więcej o fundacji, którą założyliście po jego śmierci. Dlaczego zdecydowaliście się ją założyć i czyj to był pomysł?


Emanuela -To był mój pomysł na początku, ponieważ pomyślałam, że mój brat był zbyt wyjątkowy, by nie pamiętać go takim, jakim był. Ale kiedy o tym wspomniałam, mój tata prawdopodobnie nie usłyszał, co powiedziałam. Chyba było to za wcześnie. Prawie miesiąc później dobry przyjaciel mojego taty powiedział: „Ale dlaczego nie stworzymy czegoś, by go upamiętnić?”. I tak to się wszystko zaczęło. Rzecz w tym, że prowadzenie organizacji charytatywnej jest bardzo skomplikowane, ale to dzięki temu, mój 82-letni tata wstaje każdego ranka i jedzie na motorze do pracy. Dlatego robimy co w naszej mocy, każdego dnia posuwając się trochę do przodu. Jak długo? Nie wiem.


Obecnie przygotowujemy kolejny dzień profilaktyki raka skóry, który odbędzie się 9 kwietnia 2022, blisko rocznicy śmierci Alberto. Najgorszy dzień dla nas może stać się dla wielu bardzo ważnym dniem. Tego dnia pięciu lub sześciu lekarzy, w tym onkolożka Alberto, będzie oferować bezpłatną kontrolę pieprzyków na jednym z placów w Genui.


Kasia - Niewiele rodzin miałoby motywację do stworzenia czegoś tak znaczącego po śmierci kogoś bliskiego. Dla mnie to oznaka waszej siły.


Emanuela - Tak naprawdę to nie wiem. Myślę, że to przede wszystkim coś co nam pomaga leczyć nasz własny ból.


Kasia - Jak wiesz, rozmawiam z ludźmi z różnych krajów, aby dowiedzieć się, jak ich kultura i religia ukształtowały sposób, w jaki przeżywają żałobę i postrzegają śmierć. Czy twoja kultura i religia miały jakikolwiek wpływ na to, jak przeżywasz śmierć brata? Zdaję sobie sprawę, że twoja rodzina jest bardzo religijna.


Emanuela - To trudne pytanie i tak bardzo indywidualne. Moja mama, która od zawsze miała bliski związek z bogiem, na początku czuła się zdradzona. Bardzo się martwiłam o to, ponieważ jej wiara zawsze pomagała jej iść dalej. Bałam się, że może to stracić. Zauważyłam, że mój brat zmarł w Wielki Piątek, podobnie jak Jezus, syn boży i starałam się, aby myślała o tym jako o znaku jego bliskości. To przywróciło mojej mamie wiarę.


Ja widzę to inaczej. Kiedy Alberto umarł, zaczęłam dużo myśleć o śmierci i umieraniu. Co ona oznacza? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Moja wiara nie jest tak naprawdę katolicka, raczej bardziej buddyjska, chociaż nie chcę używać terminów, z którymi nie jestem za bardzo zaznajomiona.


Nie wiem, czy Alberto jest blisko nas, na to liczymy. Jednak myślenie, że życie po śmierci oznacza bycie blisko ludzi, którzy pozostają i ochranianie ich, ogranicza to, czym może być tak naprawdę życie pozagrobowe. Dlatego,. mam nadzieję, że jest coś znacznie większego i piękniejszego niż to do czego zostaliśmy przyzwyczajeni. Teraz nie jestem tego w stanie objąć umysłem, ale odkryję to w chwili, w której znowu będę mogła przytulić mojego brata.


Z włoskiego i angielskiego przetłumaczyła: Kasia Borowczak

 

Emanuela Castelli, wraz z rodziną, po śmierci brata założyła fundację Fondazione Alberto Catselli, której głównym zadaniem jest zwiekszanie świadomości wokół raka skóry. Więcej informacji można znależć na stronie fundacji http://fondazionealbertocastelli.it/ oraz na Facebooku https://www.facebook.com/FondazioneAlbertoCastelli